Moc rodzicielskiej obecności – spojrzenie profilaktyka i filozofa – Dr Krzysztof A. Wojcieszek

wpis w: Artykuły | 0

Muzykowanie 2

Wyższa Szkoła Nauk Społecznych PEDAGOGIUM w Warszawie

1. Profilaktyczna ambiwalencja w postrzeganiu wpływu rodziców.
Od pewnego czasu profilaktycy, którzy zajmują się przeciwdziałaniem zachowaniom ryzykownym, zwłaszcza takim, jak picie alkoholu, palenie tytoniu czy używanie narkotyków uznają rolę rodziców w tych zjawiskach za kluczową. Stąd stały postulat włączania rodziców (na rozmaite sposoby) w działania profilaktyczne różnego rodzaju. Okazuje się jednak, że wpływ ten jest ambiwalentny: z jednej strony rodzice występują jako realna ochrona swych dzieci, a programy oparte na ich wpływie udowadniają w badaniach swą skuteczność (chociażby Program Wzmacniania Rodziny z USA, ale też wiele innych). Pełnienie roli opiekuna i mentora przez kochających rodziców jest uważane za główny i najsilniejszy rodzaj tzw. czynnika chroniącego. Nawet jedna dorosła osoba pozostająca w roli takiego „opiekuna spolegliwego” (żeby posłużyć się pojęciem proponowanym przez T. Kotarbińskiego) okazuje się wystarczającą zaporą przeciw wielu zachowaniom problemowym młodzieży. Badań na ten temat jest wiele i nikt już dziś nie kwestionuje tej czołowej roli, zgodnie zresztą z powszechną intuicją i zdrowym rozsądkiem. Rzadko badania naukowe są aż tak dalece zgodne z naszymi codziennymi obserwacjami ludzkiego życia. Co więcej, w udanych eksperymentach (prof. Zimmerman) z powodzeniem wzmacniano bezpieczeństwo młodych ludzi o skłonnościach samobójczych jedynie poprzez proste zabiegi polegające na zwykłym zwiększeniu kontaktów dorastających z ich rodzicami, szczególnie z ojcami (eksperyment prowadzono w USA w grupie młodzieży ze środowisk, w których tradycyjnie ojcowie szybko pozostawiali swe małżonki na łasce losu i rzadko kontaktowali się z potomstwem). Wyniki tych badań uznano za przykład wzmacniania rezyliencji czyli odporności na złe wpływy. Wszystko to razem sprawia, że profilaktycy powszechnie spoglądają w stronę rodziców i planują swe oddziaływania z ich udziałem. To jest ta pozytywna strona medalu, wedle hasła „Nie ma jak u mamy”.

2. Rodzice jako źródło problemów.
Okazuje się jednak, że może jeszcze dawniej i silniej, spostrzegano negatywny potencjał rodziców. Od lat 70-tych rozumiemy, że złe style wychowawcze rodziców sprzyjają np. narkomanii (Streit). Dziecko opuszczone, zaniedbane rozwojowo staje się kandydatem na „ćpuna”. Badacze zajmujący się wpływem modelowania przez rodziców zachowań ich dzieci wskazują na niemal bezpośrednią zależność: rodzice „aktywni psychoaktywnie” jakby zarażają swoimi zachowaniami własne dzieci, mając największy wpływ na nasilenie się zachowań autodestrukcyjnych i problemotwórczych. Doskonale znana jest destrukcyjna rola rodziców w przypadku ich problemów alkoholowych. Aż 64% Ich dzieci powtórzy los rodziców! Sporo wiemy o destrukcyjnej roli przemocy w rodzinie na rozwój dzieci, a także o destrukcji wprowadzanej przez coraz liczniejsze rozwody. W USA mówi się już o problemie Dorosłych Dzieci z Rodzin Rozwiedzionych i temat ten jest intensywnie badany. Europą wstrząsają co jakich czas dramatyczne opisy ojców latami gnębiących swe własne dzieci w domowych więzieniach i gwałcących systematycznie własne córki. Wyroki skazujące w tych sprawach są jak memento wobec ewentualnej destrukcji rodzicielskiej. Psychologowie pracujący nad dziećmi z zaburzeniami zachowania wskazują na urazowe doświadczenia jako na pierwotne źródło negatywnej tożsamości dzieci i w dalszej konsekwencji powód ich zaburzonych zachowań (np. A. Karasowska). Nie ma zatem żadnej wątpliwości, że rodzice mogą bardzo dużo „nabroić”.
Rezultatem takich sprzecznych danych jest ambiwalencja w postrzeganiu roli rodziców przez profilaktyków. „Dobrzy rodzice” pomagają, „źli rodzice” szkodzą. Bardzo często osoby, które z przyczyn zawodowych kontaktują się z dziećmi w kontekście ich problemów mają skłonność do utrwalania się w poczuciu przewagi negatywnej roli rodziców. Spostrzegają Ich raczej jako źródło problemów, niż jako remedium na nie. Dominuje ciemny obraz, w którym rodzice są przysłowiowym „czarnym ludem”. Może zatem cały problem sprowadza się tylko do postawy rodziców – dobrej albo złej? Może istotnie „dobry rodzic” pomaga, a „zły” szkodzi? W takim podejściu akcentuje się abstrakcyjnie absolutną wolność rodziców, którzy arbitralnie sytuują się po jednej czy drugiej stronie. Obraz jest wtedy czarno-biały, wygodny pojęciowo, nieskomplikowany. Tyle tylko, że tak rozumianej absolutnej wolności po prostu nie ma. Człowiek nie staje się z powodu jednej swej decyzji „dobry” lub „zły”. Owszem – jesteśmy wolnymi osobami i sami kształtujemy siebie na drodze wolnych wyborów, ale stopień uwikłania naszej wolności w rozmaite ograniczenia cielesne sprawia, że bardzo rzadko mamy do czynienia z idealistycznie rozumianą wolnością. Zachowania rodzicielskie to nie jest produkt absolutnie ujętej wolnej woli, ale wielu nakładających się czynników. W dużym stopniu niezależnych od samego rodzica. A zatem „prokuratorskie” rozwiązanie problemu ambiwalencji zawodzi.

_MG_5555

3. Dylemat wpływu rodziców widziany okiem filozofa.
Jako filozof systematycznie pracujący na niwie klasycznej antropologii filozoficznej mam na ten temat własne, odrębne stanowisko. Na pytanie czy rodzice raczej szkodzą, czy pomagają, odpowiadam, że zdecydowanie raczej pomagają i nie jest to pogląd oparty na czystej statystyce (chociaż ona wzmacnia taki wniosek, gdyż tzw. „dobrzy rodzice” są statystyczną większością). Jest to rezultat pojmowania samego rodzicielstwa w nieco odmienny sposób, niż to przyjęto w naukach społecznych czy w psychologii. Co proponuje tutaj klasyczna antropologia?
Przede wszystkim odsłania powody ambiwalencji, wskazując nie tyle na akt wolnego wyboru rodzicielskiej postawy, ile na strukturę relacji między osobami, w tym wypadku rodzicami a ich dziećmi. W klasycznej antropologii oddziela się wpływ poprzez czynniki związane z tzw. istotą bytu od wpływu realizowanego przez akt istnienia osoby. W polskiej literaturze filozoficznej zwolennikami takiego ujęcia, oprócz niżej podpisanego, są np. prof. A. Andrzejuk ks. prof. T. Stępień, uczniowie prof. M. Gogacza.
W ujęciu tym każdorazowy związek osób dokonuje się jednocześnie na dwu płaszczyznach – relacji istotowych (np. uczucia, choć nie tylko one) i relacji istnieniowych. Te drugie są ważniejsze. Są zareagowaniami naszych duchowych władz (intelektu, woli) na tzw. transcendentalia drugiej osoby, zwłaszcza na taki przejaw aktu istnienia jak realność. To doznanie realności drugiej osoby wyzwala w nas miłość rozumianą jako relacja osobowa (a nie wyłącznie uczucie!). W związku z tym tzw. zły rodzic, nawet wtedy, gdy czyni coś faktycznie źle poprzez swoje niezręczne, nieadekwatne zachowania, nadal pozostaje źródłem ważnych wzmocnień dla dziecka od strony relacji osobowej. Na płaszczyźnie istotowej jego wpływ jest negatywny, ale na płaszczyźnie istnieniowej (relacji osobowych) nadal pozostaje pozytywny i wzmacniający. Nieświadomość struktury ludzkiej osoby, jaka zagościła w aktualnej postaci europejskiej kultury utrudnia nam zrozumienie tej dość złożonej sprawy. Łatwiej jest wrzucać do jednego worka wszystkie ludzkie reakcje i działania, na zasadzie „czarnej skrzynki”, w której „tu wiata, tam wylata”. Ujęcie adekwatne jest intelektualnie nieco trudniejsze, ale niezbędne dla wyjaśnienia choćby takiego faktu jak wpływ więzi naturalnych na dziecko (teoria więzi pierwotnej Bowlbiego). W swoim czasie zawarłem refleksje na ten temat w artykule zamieszczonym na łamach „Medycyny Wieku Rozwojowego”, w którym wskazałem na osobliwość podwójnego wpływu rodziców dzieci z rodzin alkoholowych, zarówno pozytywnego, jak negatywnego.

4. Co daje pogłębiona wizja rodzicielstwa?
Pozwala wywikłać się z pułapki zbyt prostych ujęć i przezwyciężyć poczucie absurdu związane z dylematem rodzicielskiej ambiwalencji. Ale pozawala na coś jeszcze – wskazuje na kierunek działania. Otóż warto i trzeba wspomagać rodziców w tym, aby ich wpływ od strony istoty (postawy, role społeczne, zachowania, uczucia) był spójny z wpływem od strony przejawów aktu istnienia (od strony relacji osobowej miłości). Innymi słowy możemy pomóc rodzicom adekwatnie wyrażać swą miłość, którą zazwyczaj ciągle mają. Nawet tzw. źli rodzice ciągle kochają swoje dzieci i najczęściej po prostu nie umieją tego poprawnie wyrażać, zrealizować. Tu jest ogromne pole do popisu dla praktycznej psychologii czy pedagogiki dorosłych. Bardzo warto wspierać rodziców, to jedyna droga optymalna w profilaktyce, wychowaniu, ale również szerzej – w całej naszej kulturze.
Zagadnieniom tym poświęciłem dużo miejsca w ostatnich publikacjach książkowych: „Na początku była rozpacz”, Kraków 2005 i „Człowiek spotyka alkohol”, Kraków 2010, obie wydane przez Wydawnictwo Rubikon. Tam mogę odesłać, jak również do znajdującego się w druku artykułu w aktualnym roczniku „Resocjalizacji Polskiej”.

Dziękujemy dr Wojcieszkowi za zgodę na udostępnienie artykulu – Fundacja Szkola Dialogu.